Wybiegane modlitwy

Wybiegam na ulicę. Bynajmniej nie stylowo. Choć na stopach Reeboki, a na nogach Nike’i, każda część ubioru jest z innej parafii. Ale to nic. Ważne, że biegnę przed siebie. Bo Jestem z tych, co się modlą nogami.*

Zacznijmy od początku. Od wielu lat uwielbiam chodzić pieszo. Jeśli tylko mogę, zamiast tramwaju, autobusu czy samochodu wybieram nogi. Najwięcej pomysłów i cennych myśli mam właśnie w trakcie ruchu. W ten sposób jest mi również niezwykle łatwo rozmawiać z Bogiem. Spieszę się do pracy, dookoła codzienny chaos, w uszach muzyka, a wewnątrz mnie toczy się monolog do Niego lub dialog z Nim o wszystkim, co dla mnie istotne. Tego czasu zawsze mi za mało.

Modlitwa to jednak nie tylko słowa. Jak pisał święty Paweł: Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie (1 Kor 10, 31). Właśnie z tą myślą zaczęłam swoją przygodę z bieganiem – choć kiedyś uważałam je za najgorszy sport na świecie. Nigdy w życiu, cokolwiek, tylko nie to – to były moje słowa. I nawet nie wiem kiedy zaczęłam czuć – jakoś zupełnie wewnętrznie – że właśnie tego mi potrzeba. Nie miałam specjalnej motywacji, impulsu, który by mnie popchnął. Po prostu czułam, że muszę.

Był jesienny wieczór i było mi źle. Bez konkretnej przyczyny. Na stoliku leżały puste opakowania po czekoladzie i dużej paczce ciastek. Właśnie wtedy, po raz pierwszy z własnej nieprzymuszonej woli, wybiegłam na ulicę – i zalały mnie fale radości. Może to głupie, ale wiedziałam, że w ten prozaiczny sposób dałam Bogu pozwolenie i przestrzeń – w końcu! – by zaczął mnie zmieniać w tych obszarach, w których zwyczajnie jestem słaba.

Bieganie wymaga i uczy wytrwałości, konsekwencji, samokontroli – piękne cnoty, ale niestety nie moje. Postęp w tych dziedzinach wiele mnie kosztuje. I choć Bóg kocha mnie z całym moim wadliwym dobytkiem i w Jego oczach jestem piękna, to jednocześnie chce również, abym dla Niego walczyła ze swoimi słabościami, lenistwem, grzechem. Bym stawała się coraz doskonalsza na Jego wzór i podobieństwo, zgodnie z zamiarem, z jakim mnie stworzył. Aż strach się bać, ile jeszcze wspólnie mamy do zrobienia.

Kiedy więc po raz pierwszy wyszłam biegać, wiedziałam, że coś się zmieniło. Że każdy krok to już nie tylko spalone kalorie czy pokonane kilometry, ale przede wszystkim – modlitwa zanoszona do Boga. Błaganie, by nieustannie zmieniał mnie na swoją chwałę. Dziękowanie za to, co już we mnie zmienił. Przygotowywanie się na to, do czego mnie powołał.

PS I naprawdę to lubię!

 

*Mój ulubiony polski żyjący prozaik: W. Kuczok, poza światłem, Warszawa 2012, s. 93.

PS Jest rok 2017, a ja wciąż biegam i błogosławię za to Boga. Choć miewałam różne momenty i kryzysy, pokochałam ten sport i to niezwykłe uczucie wolności. Zdjęcie do wpisu zostało zrobione 29 lipca 2017 przed 27. Biegiem Powstania Warszawskiego w Warszawie. Dystans: 10 km.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *