Opowieść wigilijna

Staję na krześle i wieszam świąteczne lampki nad oknem. Chcę w moim wynajmowanym pokoju stworzyć choć trochę odświętny, inny niż zwykle klimat. Wprowadzić magię świąt – jak to mówią w reklamach. Przesuwam firany i lampki jeszcze trochę w prawo. O, jeszcze troszeczkę. Gdy ozdoba wisi prawie idealnie – z hukiem na podłogę leci karnisz, a z nim firany i lampki.

Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze – to moja pierwsza myśl. Próbuję naprawić sytuację, wieszam karnisz, firany, lampki i znowu wszystko spada na podłogę. Powtarzam czynności jeszcze dwa razy i znowu to samo. Najpierw w myślach, a potem już na głos bez skrępowania ciskam w powietrze różne słowa z frustracji i bezradności. Schodzę z krzesła, patrzę na okno, załamuję w duchu ręce i zostawiam tę zawieszoną w czasie i przestrzeni sytuację tak, jak jest. Pomyślę o tym jutro – powtarzam za Scarlett O’Harą.

Jutro zamienia się jednak w kolejne jutro i ta niedokończona świąteczna atmosfera przez kilka następnych dni wisi w powietrzu – razem z karniszem i lampkami. Choć po kilku dniach nic się nie zmienia, coraz bardziej jednak zmieniam się ja i powoli przyzwyczajam do tego niecodziennego widoku.

Któregoś wieczora, siedząc na krześle i patrząc na te moje biedne, niezasłonięte, zawstydzone okna, zaczynam myśleć, że może te święta nie muszą być idealne. Może mogą być właśnie takie, jak te okna, firany i karnisz – niedokończone, nieco zaskoczone i skrępowane tą nową, trochę dziwną dla nich sytuacją. Może nie musimy wszystkiego naprawiać od razu albo kryć farbą, byle tylko z wierzchu nie było widać. Może możemy świętować mimo wielu nie- w naszym życiu: niezałatwionych spraw, niezapłaconych rachunków, niedopowiedzianych słów, nierozpoczętych relacji, niezapakowanych prezentów, niooszczędzonych pieniędzy na koncie. Może powinniśmy wręcz odłożyć pewne rzeczy na później, by zatrzymać się i cieszyć się tym, co jest – zamiast wiecznie gonić za tym, co się jeszcze nie stało.

W końcu Boże Narodzenie to ogromna radość z wypełnienia się zapowiadanej przez setki lat obietnicy, choć wypełniła się ona inaczej, niż oczekiwano w żydowskiej kulturze. Według Żydów Mesjasz miał objawić się jako król w triumfalnym pochodzie. A tu Jezus rodzi się zwyczajnie i skromnie: jako małe, bezbronne dziecko w ciemnej betlejemskiej grocie. Ten Król Królów i Pan Panów odkłada wielkie fanfary i blask fleszy na później, by pokazać, że króluje także w naszej biedzie i niespełnieniu. Że nie musimy być perfekcyjni według światowych standardów, by mieć wpływ na ten świat i kochać innych ludzi.

Dlatego w te Święta Bożego Narodzenia daję ci wyzwanie: wyjdź z siebie i znajdź dobro tam, gdzie go jeszcze nie widzisz. Albo bardzo nie chcesz go widzieć. Może wyjdź z domu w jakieś brzydkie miejsce, a może wręcz przeciwnie – wejdź do domu, którego nie znosisz, i poszukaj w nim okruszyny dobroci, czegoś, co cię wzruszy, rozczuli, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Poszukaj dobra w drugim człowieku, niechcianym prezencie, nieudanym sylwestrze. I na koniec, a może na początek, poszukaj dobra w sobie. W tym, co cię w sobie wkurza, drażni, irytuje. W tym, czego nie potrafisz bądź nie lubisz. Sytuacja może się nie zmienić, ale może zmienić się twoja perspektywa. Wciśnij stop, odetchnij, odpocznij, odpuść. Przyjmij życie takim, jakim jest, i ciesz się nim. A jeśli jutro będzie pięknie – ciesz się nim podwójnie. W ten sposób okażesz sobie i innym miłość – jedyny prezent, którego nigdy nie jest za dużo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *