Czekanie niedoczekane

Ja czekam trzeci dzień, patrzę na drzwi. Czy przyjdzie ktoś od ciebie, czy przyjdziesz ty? Właśnie te słowa (z piosenki Kultu Do Ani) przyszły mi do głowy, gdy myślałam o czekaniu, choć wcale nie słucham tej piosenki tak często. Dlaczego? Cóż, sama chciałabym to wiedzieć. Być może dlatego, że jest to utwór o miłości (jak można się łatwo domyślić po tytule), a może z tego powodu, że opisuje tak częsty stan w moim, i pewnie nie tylko moim, życiu?

Czekamy na gotującą się wodę i na wolną toaletę w łazience uniwersyteckiej. Na pociąg, na tramwaj, na SKM. Na jutrzejszy dzień, weekend i święta Bożego Narodzenia. Ale czekamy też na słowa podziękowania, przeprosiny lub, o czym opowiada piosenka, na przyjście ważnej dla nas osoby – choć jest to przecież innego rodzaju czekanie. Mogę stwierdzić, że stan ten to mieszanka konieczności, czegoś narzuconego, lecz także naszego wyboru. Gdy czekam na pociąg, a ten spóźnia się, nie muszę przecież czekać – mogę równie dobrze pójść do domu, lecz nie byłoby to dobre rozwiązanie z perspektywy zaliczenia studiów. Więc czekam, bo pociąg przecież w końcu przyjedzie. Inaczej wygląda sytuacja, gdy czekamy z wątłą lub żadną nadzieją na doczekanie się. Kiedy cel jest nieosiągalny lub ponad nasze siły. A mimo to wciąż tak robimy, coraz bardziej pogrążając się w tym stanie. Czy warto wtedy czekać?

Moim zdaniem: nie. Dla jasności, pomijam wszelkie miłosne sytuacje, ponieważ miłość wymyka się wszelkim prawom logiki i rozumu, a także takie, w których szanse na osiągnięcie celu są jednak choć trochę realne. Czyli czysto teoretycznie, jeśli liczę i czekam na to, że spotkam kiedyś Hugh Jackmana, to wszystko jest w porządku, ponieważ on wciąż żyje i chodzi po tej samej Ziemi, co ja, więc być może los będzie mi sprzyjał i skrzyżuje kiedyś nasze drogi. Jeśli jednak czekam na to, że zjawi się pewnego dnia w mojej kuchni i zrobi mi tosty na śniadanie, to już jest prawie nierealne: musiałby mnie znaleźć i wybrać spośród milionów innych kobiet, wydobyć mój adres, przelecieć tysiące kilometrów i na dodatek zastać mnie w domu. </>

Są jednak osoby, które takie wieczne czekanie traktują jako sposób na życie. Myślą, że wszystko samo się ułoży, jeśli tylko wystarczająco długo się poczeka. I tak nieobecności na uczelni same się odrobią, bo przecież egzamin sam się zda i jakoś to będzie. Przecież w końcu u ich drzwi musi stanąć sam Mark Zuckerberg i zaprosić ich do pracy. A wtedy wygodnie rozłożą się w fotelu, czekając, aż tę pracę przyniesie im do domu. Niektórzy czekają ze wszystkim na polepszenie sytuacji życiowej, na moment, w którym zacznie być idealna – pieniądze będą spadać z nieba niczym manna w Starym Testamencie, a na horyzoncie ciągle będzie świecić słońce. Oczywiście wszystko to stanie się samo, za pomocą woli bożej lub dobrego losu. Muszę jednak powiedzieć jasno: tak się nie stanie. Nigdy. Zawsze będzie coś do poprawki, coś do wymiany, a czekanie tym bardziej niczego nie zmieni.

Mówi się, że jedyną pewną rzeczą w życiu jest śmierć. Nie sposób się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Pozostaje tylko pytanie, jak wypełnimy czas w środku: czy będzie aktywnie spędzony, nasycony działaniem, czy może zamieni się w nieustanne na koniec czekanie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *