W tyglu oczekiwania

„Gdyby nie Ty, miałabym już pięciu takich!” – wykrzykuję Bogu swoje pretensje, gdy po raz kolejny daję kosza niewierzącemu chłopakowi. Dawniej nie zastanawiałam się, czy warto. Było miło, fajnie, więc czemu nie spróbować? Boża odpowiedź, jak zwykle, rozkłada mnie na łopatki: „To prawda, miałabyś. Ale żaden z nich nie byłby twoim mężem”.

Cztery i pół roku. Dokładnie cztery i pół roku temu zmieniłam status na Facebooku z „w związku” na „wolny” i od tamtej pory niezmiennie określam siebie mianem singielki – choć osobiście bardzo nie lubię tego słowa. Odkąd skończyłam 15 rok życia, nigdy nie byłam sama tak długo jak teraz. Choć nie należałam do dziewczyn szukających na siłę (a może jednak?), zwykle jakoś samo wychodziło, że ktoś się trafiał. Nawet jeśli nie byłam w oficjalnym związku – takim wiecie, z trzymaniem się za ręce i poznawaniem rodziny – miałam różne quasi-związki, randki, przeciągające się podchody, a nawet relacje przez internet, o których z całą pewnością nie można powiedzieć, że były platoniczne.

Czy dawało mi to szczęście? Nie. Rozrywkę, chwilową ekscytację, przygodę – jasne, że tak! W końcu regularnie dostarczałam sobie kolejne dawki dopaminy, oksytocyny czy adrenaliny. Ale w tym wszystkim nie byłam szczęśliwa. U chłopaków szukałam nie tyle towarzystwa, co przede wszystkim akceptacji i potwierdzenia swojej wartości. Dlatego po kolejnych nieudanych próbach i zerwaniach, ze łzami w oczach coraz mocniej pytałam samą siebie: Co jest ze mną nie tak? Myślałam, że może gdybym była ładniejsza, chudsza, bardziej wysportowana, bardziej inteligentna… Może gdybym się malowała, umiała lepiej gotować, miała zawsze pomalowane paznokcie… Może gdybym mówiła więcej, mówiła mniej, zrobiła to albo nie zrobiła tamtego… Przerażające, prawda? A jednak takie oskarżenia towarzyszyły mi dzień w dzień przez lata, coraz bardziej podkopując i tak niskie poczucie wartości.

Nic dziwnego, że gdy kończył się najważniejszy i najdłuższy związek, w którym byłam – taki na zawsze i z wybieraniem imion dla dzieci – coś pękło. Ja pękłam. Mój świat dosłownie legł w gruzach. Czułam się bezwartościowa i przegrana; straciłam coś, na czym opierałam sens swojego życia. Nie miałam już po co żyć.

Jak migawki z filmu pamiętam panikę, szum w głowie po sporej ilości wina i błagalne modlitwy, żeby tylko się nie zabić. Paradoksalnie, bardziej od nadziei na lepsze jutro przy życiu trzymał mnie raczej strach przed śmiercią. Nie byłam gotowa, by spojrzeć jej w oczy, choć zdecydowanie nie byłam też gotowa na to, by zmierzyć się z rzeczywistością. Przez kilka minut stałam w rozkroku między tym a tamtym światem, zastanawiając się, który wybrać. Napięcie wewnątrz mnie było nie do wytrzymania, chciałam się poddać i zapomnieć o wszystkim. Co jednak, jeśli po drugiej stronie wcale nie zapomnę?

Resztką sił wybrałam życie, ale zszargane nerwy zrobiły swoje. Krew, bandaże, panika – już nie tylko moja. Pretensje, oskarżenia. Wstyd i strach przed rodzicami. Łzy mojego taty. Wizyta w Centrum Interwencji Kryzysowej. Diagnoza psychologa, że koniecznie potrzebuję terapii. W dzień udawanie, że wszystko jest w porządku. W nocy płacz i błaganie Boga, by uratował mnie i zmienił moje życie.

Rana po tych wydarzeniach wniknęła głęboko w moje serce i nawet po kilku latach czasem boli i krwawi. Wspomnienia raz na jakiś czas powracają jak bumerang, ale nie próbuję ich wymazać. Właśnie w tamtym momencie, w trakcie jednej z tych wiosennych nocy, Jezus położył swoją pieczęć na moim roztopionym sercu i poskładał mnie na nowo. Po raz pierwszy w życiu namacalnie i głęboko doświadczyłam Jego miłości i Jego akceptacji. Zrozumiałam, że moja wartość nie jest zależna od nikogo i niczego – jeśli naprawdę to On mnie stworzył. Przyjęłam, że jestem córką Króla, Jego księżniczką i w związku z tym mam godność, której nikt mi nie odbierze. To, co Bóg uczynił wtedy wewnątrz mnie oraz jak poukładał następne tygodnie i miesiące, jest dla mnie najważniejszym i wciąż żywym świadectwem Jego niezwykłego działania.

Bóg przypomina mi tę historię szczególnie wtedy, gdy wściekam się na siebie za powtarzane błędy, schematy i grzechy. Gdy wracam do starych sposobów myślenia i działania. Gdy mam dość starań i wątpię, że kiedykolwiek dam radę trwale się zmienić. Gdy po raz kolejny ze względu na Niego podejmuję decyzję, by nie ulegać zwątpieniu i nie łapać każdej okazji na związek, jaka się trafia.

Ponad rok temu miałam poważny kryzys w tym temacie. Czułam, że płonę w środku z frustracji i złości, a jednocześnie wiedziałam, że Bóg w tym ogniu wypala moje serce. Po pierwsze, zdałam sobie sprawę, że nie nadaję się na żonę. Paradoks, prawda? A jednak. Tak bardzo skupiałam się na zewnętrznym aspekcie posiadania rodziny, że nie zauważyłam, że konieczne zmiany muszą zajść także we mnie samej, w moim wnętrzu, aby ta rodzina miała jakiekolwiek szanse na szczęście i przetrwanie. Jak mogłabym dbać o miłość przez całe życie, jeśli nie stać mnie na poświęcenie? Jak mogłabym być poddana mężowi, jeśli nie umiem okazać posłuszeństwa Bogu? Jak mam go szanować, jeśli brakuje mi szacunku do innych mężczyzn wokół mnie?

Po drugie, w swoich myślach mocno balansowałam na granicy nieposłuszeństwa i grzechu. Miałam dość trzymania się Bożych zasad, chciałam odpuścić i choć na chwilę zapomnieć o wartościach, jakimi się kieruję. Pójść na imprezę i zobaczyć, co będzie się działo. Nie przejmować się i dobrze się bawić. Dać sobie pozwolenie na bycie chcianą i pożądaną w oczach drugiego człowieka. Przez kilka długich tygodni rozważałam, czy pójście za Bogiem w ogóle ma sens, skoro wciąż jestem sama. Czy nawrócenie się było rzeczywiście dobrą decyzją i nie lepiej zawrócić z tej drogi. W moim sercu toczyła się prawdziwa duchowa walka.

Miałam dość obserwowania, jak kilka lat młodsze, ledwo nawrócone koleżanki znajdują miłości swojego życia, zaręczają się, biorą śluby i rodzą dzieci. Bolało mnie, że bez oporów interesują się mną wyłącznie niewierzący mężczyźni, zapraszają mnie na randki, a ja znowu daję im kosza ze względu na wartości. Wkurzało mnie, że z kolei dla tych chłopaków, którzy mogli mnie interesować, wcale interesująca nie byłam.

W tych wszystkich wątpliwościach i emocjach cały czas jednak kurczowo trzymałam się Boga. Ze wszystkim przychodziłam od razu do Jego stóp i pod krzyż, czekając, aż On zrobi całą resztę: odpowie, zmieni sytuację, wskaże wyjście. Kiedy mi brakowało sił, by trwać, On trwał za mnie i niósł mnie na swoich ramionach. Po raz kolejny przekonałam się, co to znaczy mieć nowe serce i być nowym stworzeniem – bo choć część mnie chciała odejść, całą sobą wiedziałam, że nawet przez chwilę nie umiałabym już żyć bez Boga.

Po czasie widzę, że ten tygiel wątpliwości i emocji był błogosławieństwem dla mojej relacji z Bogiem. Doświadczyłam Go w zupełnie inny sposób i jeszcze bardziej zrozumiałam, co to znaczy podejmować decyzje przez wiarę, gdy wszystkie inne argumenty zawodzą. Nauczyłam się przekuwać frustrację i strach w wytrwałą modlitwę, pracę nad sobą i konstruktywne działanie. Przekonałam się, że Bóg jest najlepszym Centrum Interwencji Kryzysowej: naprawia wszelkie zło, nigdy nie opuszcza, jest wierny swojemu Słowu i kocha nieidealną mnie o wiele bardziej, niż mogę to sobie wyobrazić. Przede wszystkim jednak na nowo odkryłam, że On i Jego łaska są wszystkim, czego mi potrzeba i po raz kolejny podjęłam świadomą decyzję, że chcę za Nim iść bez względu na wszystko i właśnie Jemu – w pierwszej kolejności – chcę poświęcić swoje życie. Z mężem lub bez niego.

 

(…) mówię Panu: «Tyś jest Panem moim;
nie ma dla mnie dobra poza Tobą».
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo nawet nocami upomina mnie serce.
Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy,
nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy.
Dlatego się cieszy moje serce, dusza się raduje,
a ciało moje będzie spoczywać z ufnością,
bo nie pozostawisz mojej duszy w Szeolu
i nie dozwolisz, by wierny Tobie zaznał grobu.
Ukażesz mi ścieżkę życia,
pełnię radości u Ciebie,
rozkosze na wieki po Twojej prawicy.

Psalm 16

2 thoughts on “W tyglu oczekiwania

  1. Niesamowite że tak otwarcie dzielisz się tutaj swoimi przeżyciami bardzo to szanuję i cenię. Z drugiej strony można na to spojrzeć tak że może dobrze że zostałaś chroniona przed związkiem jeśli jego brak powodował u Ciebie myśli o odebraniu sobie życia bądź odejściu od Boga. Jeśli to ma być akt desperacji to najlepszy dowód na to że coś tu nie gra i może całe szczęście że w to nie poszłaś. Jak rozumiem to już przeszłość tak więc życzę Ci aby teraz było już wszystko w porządku i Twoje poszukiwania nie były wynikiem jakiejś niezdrowej presji . Będzie dobrze :))

  2. Naprawdę nie było na horyzoncie wierzącego? Czy ci co byli, po prostu nie byli w Twoim typie (i odwrotnie) lub nie byli/nie sprawiali wrażenia …gotowych?

    Dobrze wyglądasz w nieumalowaniu, autentycznie!
    Może mi się przywidziało (mam lekką wadę), lewe oko masz nieco większe? Sympatycznie to wygląda z perspektywy obserwatora 😀 Masz coś jeszcze w rękawie ku uciesze gościa?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *